Futurysta w stylu retro
16 października 2010
Jean Michel Jarre pragnie powrócić do przyszłości. Francuski wirtuoz syntezatorów jest w trasie koncertowej, której przesłanie, jak sam twierdzi, "nawiązuje do nadziei i marzeń mojego przyjaciela,
Arthura C. Clarke'a", autora słynnej powieści science-fiction "2001: Odyseja kosmiczna".
– Zatraciliśmy naszą wizję przyszłości – mówi Jarre z silnym francuskim akcentem, który dodaje jego wypowiedziom nieco romantyzmu. – Kiedyś mówiliśmy: "Wszystko się zmieni, samochody będą latać i polecimy na koniec wszechświata". Mieliśmy naiwne, ale fascynujące wyobrażenie przyszłości. Teraz nasza wizja ogranicza się do sortowania śmieci i przetrwania globalnego ocieplenia. Nagle zaczęliśmy traktować samych siebie jak dinozaury. To dość ponure, bo zrezygnowaliśmy z naszych marzeń. Pora reanimować naszą fantazję. To nie jest nostalgiczna koncepcja – ona opiera się na owej nieuświadomionej potrzebie odzyskania dynamiki.
Jarre, który ma długie, rozpuszczone czarne włosy i urodę kinowego amanta z dawnej epoki (aż trudno uwierzyć, że skończył 62 lata), z wyglądu przypomina charyzmatyczną gwiazdę rocka, ale mówi z zapałem i intelektualną pasją godną ekscentrycznego profesora. – Bardzo podoba mi się takie podejście szalonego naukowca – przyznaje, pokazując mi okulary z zamontowanymi w środku kamerami. Muzyk zakłada je na scenie, by widownia mogła oglądać koncert z jego perspektywy. – Otacza mnie 71 instrumentów, maszyn, które współtworzyły legendę i mitologię muzyki elektronicznej.
W latach 70. Jarre był sztandarową postacią owego nurtu, zaś obecnie uchodzi za guru pierwszego pokolenia twórców muzyki syntezatorowej. W tym roku wyruszył w dopiero pierwszą w swej karierze stadionową trasę (wcześniej wolał jednorazowe, spektakularne występy), rezygnując z technologii cyfrowej na rzecz oryginalnych, analogowych instrumentów. – Jest w nich pewne ciepło, głębia, która gdzieś przepadła – mówi. – Te instrumenty zajmują szczególne miejsce w historii muzyki. Zniknęły na początku lat 80., kiedy Japończycy stworzyli DX7 i gdy przyspieszył rozwój komputerów. Nie miały nawet szansy, by dojrzeć i stać się symbolem przyszłości. Dlatego właśnie chciałem zagrać całkowicie na żywo, bez komputerów na scenie. Wiem, że ryzyko pomyłek i awarii jest duże – instrumenty te konstruowano niekoniecznie z myślą o koncertach. Bardzo mi zależy, by każdy występ był inny, jedyny w swym rodzaju.
Mamy do czynienia z ciekawym paradoksem – elektroniczna muzyka, niegdyś bezkompromisowo futurystyczna, zaczęła otaczać czcią dźwięki retro, spopularyzowane przez pierwsze syntezatory. Ale Jarre zawsze stał w opozycji do owego zimnego, zdehumanizowanego futuryzmu wczesnej elektroniki. – Pamiętam, że Stockhausen, u którego studiowałem przez parę miesięcy, mówił: "Wszystko, co w muzyce bliskie jest emocjom, jest podejrzane". To skończony absurd. Emocje są podstawą każdej formy sztuki!
Więcej na muzyka.onet.pl
/muzyka.onet.pl/


