Szaleńcy wydają płyty
28 stycznia 2010
Kasia Nowicka czyli Novika opowiada "Rzeczpospolitej" o promocyjnej potędze Internetu i agraniu "Lovefindera", albumu który od poniedziałku dostępny jest w sklepach muzycznych.
W latach 90. była pani prekursorką i pionierką klubowej muzyki w Polsce. Jak czuje się pani w epoce internetowej rewolucji?
Novika: Mam dwojakie wrażenia. Ze wzruszeniem wspominam narodziny naszej sceny klubowej i czas, gdy płyty były cenione i chętnie kupowane. Kiedy debiutowałam z grupą Futro, wydaliśmy cztery single, każdy z nich starannie, z remiksami i atrakcyjnym pudełkiem. Dziś byłoby to niemożliwe. Równocześnie inspirują mnie nowości i tempo zmian. Weźmy portal społecznościowy Facebook – w jednej chwili był czymś niesamowicie świeżym, w następnej – okazał się już passé. To jednocześnie śmieszne i fascynujące, bo za sprawą nowych narzędzi komunikacyjnych dochodzi do niezwykłych zdarzeń. Na Facebooku toczą się muzyczne dyskusje między ludźmi, którzy nigdy się nie spotkali. Często te wirtualne debaty są swobodniejsze i śmielsze, a wymiana zdań bardziej błyskotliwa niż w realnym kontakcie.
Czy Internet zmienił życie twórców i odbiorców muzyki na lepsze?
Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Dostęp do muzyki jest łatwiejszy, możemy odkrywać artystów. I faktycznie jest ich w sieci wielu. Ale w Polsce nie wydają płyt. Miniony rok uważam za jeden z najsłabszych, ukazało się wyjątkowo mało ciekawych albumów. Może dlatego, że dziś wydają je tylko szaleńcy, zapaleńcy gotowi zainwestować, bo w mniejszym stopniu można polegać na wytwórniach. Wkładam niemałe pieniądze, by koncertować i nagrywać. I mam świadomość, że "Lovefinder" może sprzedać się gorzej niż moja poprzednia płyta. W obecnych czasach artyści cieszą się z marnych kilku tysięcy kupionych egzemplarzy.
Może dlatego, że żyjemy już w erze singli, nie całych albumów?
Ta teoria może dotyczyć Wielkiej Brytanii, ale w Polsce single wcale się nie ukazują. Szkoda, bo są świetną formą kontaktu artysty ze słuchaczem. Łatwiej zdecydować się na zakup pojedynczego utworu niż całego krążka. Kiedyś singiel był atrakcją dla kolekcjonerów, teraz jest wygodnym rozwiązaniem – kupujesz go i wrzucasz do iPoda. W tym sensie żyjemy już w czasach pojedynczych utworów, nie płyt. Mało kto chce dziś słuchać albumów koncepcyjnych, są zbyt skomplikowane i wymagające. Interesujemy się muzyką wybiórczo, ciekawi nas konkretna melodia. Ludzie żyją w pośpiechu, muszą szybko decydować.
Dalszy ciąg wywiadu znajdziesz TUTAJ
/Rzeczpospolita/


